[ Pobierz całość w formacie PDF ]

starał się odnalezć. %7łe sam o nim posłyszysz, jeśli Bóg pozwoli. I że życie
chętnie położy w staraniu, byś waść mógł uczciwie wrócić do swego
Drążgowa...- Wolę utracić ojcowiznę niż brata!
- Nic na to nie poradzisz, bo ninie już go w grodzie nie ma.
- Dokąd pojechał?!
- Tego nie wiem, a choćbym wiedział, to bym wyjawić nie mógł. Ale
sprawiedliwie mówię, że nie wiem.
- O dlaboga! - jęknął pan Filip żałośnie. Zmartwiła go głęboko ta nowina.
Ledwo brata odnalazł, już stracił...
Siedzieli chwilę w milczeniu.
- A jaka była personalna sprawa waści? - przypomniał sobie pan Słotyło.
- Moja sprawa jest taka, że trzeba nie lada odwagi i desperacji, by się z
nią do kogokolwiek zwrócić... Jeżeli waść mnie wyśmiejesz i każesz iść
precz, nie zdziwię się zgoła. Pójdę... Ale wprzód na wszelki wypadek
posłuchaj...
- Będę słuchał całą duszą.
- Przede wszystkim, powiem nazwisko, którem dotychczas zataił. Cudzego
używać nie chcę, a swego przy ludziach wyjawiać nie mogę...
...Wywołaniec jak Jarosz nieborak - pomyślał pan Filip ze współczuciem -
zrazu widziałem, że w onej gospodzie wszyscy na wywołańca patrzyli.
- Jestem Wilczek z Sokołemy, herbu Poraj... To, co powiem, wymaga
największego zaufania... Ja waszmości wcale nie znam, ale zaufanie mam...
Nie podsłuchiwałem, broń Boże, waszej rozmowy, ale od czasu do czasu
niechcący coś w ucho wpadło... Słyszałem więc, jak brat mówił, że waść
jesteś najlepszym człowiekiem na świecie, gotowym za każdego się
ofiarować...
- Ech, machnął ręką pan Filip zmieszany - cóż znaczy takie braterskie
gadanie...
- Właśnie najrzadziej brat o bracie podobną rzecz powie... Zresztą
rozmawiałem o tym pózniej z Jaroszem... Wiem... Jeno do spełnienia mojej
prośby trzeba nie tylko zacnego serca, ale i wielkiej odwagi.
Wykoncypowałem łatwo, że waść ją posiadasz...
- Ja? - zdziwił się pan Słotyło.
- Waść. Jeżeli starszy człek, warunkami pieniężnymi do służby
żołnierskiej nie zmuszony, jedzie dobrowolnie na Podole, prosto pod wroga,
i takiego wroga, musi mu nie zbywać na odwadze...
- Niestety - zapewnił pan Filip z przekonaniem - całkiem się waść
omyliłeś. Może to tak wygląda, rzeczywistość jest jednak inna. Wstyd mi to,
szlachcicem będąc wyjawiać, ale mam zajęcze serce. Nie znoszę widoku krwi.
Nie mogę patrzeć, jak cielę wiodą do rzeznika... Nie biłem się nigdy w
życiu... Przyjechałem tu pod wroga to prawda, i bić się nie będę, bo tak
się złożyło, że muszę, ale boję się, że w pierwszej potyczce nie zdzierżę,
i tył dam ku wiecznemu memu wstydowi... Taka jest moja odwaga.
- Każdy tchórz o swoim męstwie rozpowiada, przeto waść żadną miarą
tchórzem nie jesteś. Zresztą mniejsza z tym... Słuchaj waść dalej... Jeno
że nim dojdę do właściwej sprawy, muszę opowiedzieć całe swoje dzieje...
- Słucham z uwagą - zapewnił pan Filip.
- Miałem wieś dziedziczną nieopodal Trembowli, żonę prawdziwie od Boga
daną, dziatek dwoje... Jak to na kresach bywa, w wiecznym się żyło
niepokoju. Czy jest wojna, czy jej nie ma, my zawdy w ogniu. Dziesięć lat
temu z okładem, w czasie jednej z takich potyczek koń się ze mną
obślizgnął, do jaru zleciał i tak przygniótł, że za nieżywego byłem przez
towarzyszy uznany. Nie mogli po moje ciało zejść od razu, oganiając się od
pogan. Kiedy po kilku godzinach wrócili, już mnie Tatary zabrały. Myśleli
nasi, że trupa tylko powlekli, żeby z odzienia ograbić, ale ja byłem żywy i
w jasyr wzięty...
Odetchnął głęboko i ciągnął:
- Moja żona niebo i ziemię poruszyła, żeby czy ciało moje odnalezć, czy
wiadomość o mnie dostać. Wielkie sumy łożyła na to nieboga, jak się pózniej
dowiedziałem. Wszystko na próżno. Taki los. Zwykle o jeńcach łatwo się
dowiedzieć, sami Tatarzy starają się o powiadomienie rodziny, żeby okup
wziąć. Mnie wszelako sprzedano od razu kupcom z Azji mniejszej, którzy
mnie
zabrali aż do Nicei. Nigdy tam nikt nie zachodził z Europy, ani sposobu
było przesłać wiadomości... I tak trwało osiem lat...
Przymknął oczy, opierając twarz na złożonych dłoniach.
- ...Po ośmiu latach sprzedano mnie innemu kupcowi, który często jezdził
do Konstantynopola i do Adrianopola. Ja z nimi jako woznica. Mogłem
nareszcie zetknąć się z zakonnikami i prosić, by się dowiedzieli, co
słychać z moją rodziną. Nie minęło kilka miesięcy, a miałem przez nich
wiadomość. Moja żona po bezowocnych szukaniach uwierzyła, żem zmarł, i za
miecznika Bilińskiego wyszła...
Znów przerwał, oddychając głęboko.
-...Nie winię jej biednej... nie! Ustąpiła leganiom rodziny, swojej i
mojej... Wciąż jej pono przedstawiano, że substancja niszczeje, że pana w
domu nie ma, że chłopaki podrastają i potrzebują ojcowskiej opieki, że w
razie grozy dom jest bez obrony... A o mojej śmierci z dawna byli wszyscy
przekonani... Póty radzili, aż się dała przekonać i poszła... Ninie już
dzieciątko małe ma...
...Małom nie oszalał posłyszawszy o tym. Bo się czułem jak wolny i tylko
liczyłem dnie, rychło do swoich powrócę... Aż tu taka wiadomość... Prosiłem
ojców Jałmużników, by nic nie robili, nigdzie znać nie dawali, i
pozostałem... Ofiarowałem się, że w niewoli do śmierci zostanę... Bo jakoż
było wracać? Taką rozterkę na moją niebogę ściągać... A cóż ona winna?...
Każdy by na jej miejscu uwierzył, żem zmarł... Osiem lat!... Może bym
wrócił, gdyby nie miała dzieciątka... Może bym wrócił, ale tak?... Jakie
wyjście? Cóż byśmy poczęli wszyscy troje?...
Zaszlochał krótko, wstydliwie.
...I zostałem, zostałem... zostałem...
...I powinienem był zostać do śmierci... Już zrezygnowałem. Prosiłem [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • goskas.keep.pl
  •