[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Taki gładki. Naprawdę chcesz to wiedzieć, dziewczynko? Tak,
myślę, że jestem ci coś winien. Weldon chciał chronić swojego
chłopca.
- Swojego chłopca? - powtórzył Dane. - Weldon ma syna?
- Oczywiście. Gdy był mały, Weldon nie pozwolił mi być blisko
niego, ale pózniej przyjechał tu mnie poznać. Dobrze się nim
zaopiekowałem, prawda? Przekazałem mu całą istotę, a teraz proszę
bardzo, poszedł w ślady dziadka. Weldon chciał chronić swojego
chłopca, nie chciał widzieć go na dnie, nękanego przez media.
- Kim jest jego chłopiec? - zapytał Savich.
- To ty jesteś z FBI, synu, znalezienie go to twoja robota. Nie
będę ci ułatwiał zadania. - Zaczął kaszleć, plując krwią.
- Nie będę panu salutować. - powiedziała Sherlock. Kapitan
DeLoach przekrzywił głowę na bok.
- No cóż, w końcu jesteś tylko dziewczyną, skoro mowa o
ważnych rzeczach.
- I chcę powiedzieć, że jest pan złym, starym człowiekiem.
- O tak - przyznał - rzeczywiście jestem. Mam osiemdziesiąt
siedem lat i naprawdę niezle się ustawiłem. Czyż życie nie jest
okrutne?
Gdy dotarli do szpitala w Ventura, zobaczyli, że Weldon nie
wyglądał zbyt dobrze. Był blady, wciąż czuł ból i wiedział, że bomba
wybuchła. Wiedział, że wszystko, z czym walczył, było już za nim,
skończone. Dane lekko dotknął ramienia Weldona.
- Bardzo mi przykro, Weldon. Wszystkim nam jest przykro.
- Ten żałosny starzec wam powiedział? - zapytał Weldon
grobowym głosem.
- Tak, pana ojciec w końcu dał się przekonać, żeby opowiedzieć
nam wszystko. Poprosiłem, by mówił bez zbędnych aluzji i
niedomówień. On naprawdę jest szalony. Nawet przez chwilę nie
pomyślałem, że ma sklerozę, ale wszystkich pozostałych udało mu się
ogłupić. Jest doskonałym aktorem - powiedział Savich.
- Był szalony, odkąd pamiętam. A więc w końcu się przyznał.
Nie wiedziałem, czy kiedyś się na to zdobędzie.
- Ile miał pan lat, gdy odkrył pan jego tajemnicę? - zapytała
Sherlock.
- Dziesięć. Pewnej nocy nie mogłem spać, on wyszedł wczesnym
wieczorem, prawdopodobnie po tym, jak ktoś do niego zadzwonił.
Czekałem, aż wróci. Zobaczyłem, jak wjeżdża do garażu. Słyszałem,
jak otwierają się kuchenne drzwi. Chciałem iść do niego, ale coś mnie
zatrzymało, coś, co przerażało mnie w nim jeszcze przez długi czas.
Stałem w salonie, ukryty za ulubionymi firankami mojej mamy.
Usłyszałem, jak nadchodzi i gwiżdże. Przeczołgałem się do kuchni.
Zobaczyłem jego ubranie, jego dłonie - cały był zakrwawiony.
Mnóstwo krwi. Im dłużej patrzyłem, tym ta krew stawała się
ciemniejsza, prawie czarna. Jego koszula była sztywna od krwi. W
pierwszej chwili byłem przerażony, myślałem, że to on krwawi.
Wkrótce okazało się, że nie.
Parzyłem, jak szoruje ręce w kuchennym zlewie, jak się rozbiera,
zwija swoje zakrwawione ubrania i wkłada je do worka. Widać, że
miał w tym doświadczenie, jakby wcześniej robił to wiele razy. Ani
na chwilę nie przestał gwizdać. Widziałem, jak wziął pakunek z
zakrwawionymi ubraniami na podwórko. Odszedł sześć kroków od
wielkiego wiązu, wykopał dół i wrzucił do niego pakunek. Było tam
może z pół tuzina innych. Potem przysypał wszystko ziemią. Nawet
przez chwilę nie przestał gwizdać.
Kiedy miałem dwanaście lat, myślałem, że jest zabójcą, którego
nazywali Zodiak. Wiedziałem o morderstwach z telewizji, ale one nie
były popełniane w te dni, kiedy znikał. I to obłąkańcze gwizdanie,
zawsze ta sama melodia  Eleanor Rugby". On wciąż nucił lub gwizdał
tę cholerną piosenkę, ogłupiał nią ludzi, by myśleli, że ma sklerozę.
- I co zrobiłeś? - zapytał Dane.
- Nigdy w życiu się tak nie bałem. Nie wiedziałem, co mam
robić. Byłem tylko dzieckiem. A on był moim ojcem.
- Ale w końcu jakoś zareagowałeś? - dociekała Nick. - Nie
dawało ci to spokoju, prawda?
- Tak, i wiecie, co on zrobił? Po prostu stał tam, patrzył na mnie
z góry i zaczął się śmiać. Zmiał się, aż się zapluł. Wtedy przestał i
znieruchomiał. Niespodziewanie wyprostował się, a w oczach miał
śmierć. Pamiętam jak dziś te oczy. A miałem wtedy dwanaście lat. -
Weldon zamilkł, biorąc głęboki oddech. W małym pokoju było cicho.
- Zimnym, grobowym głosem powiedział, co mi zrobi, jeśli
komukolwiek o tym powiem.
- Był pan odważny, rozmawiając z nim - powiedziała Nick. -
Bardzo odważny.
- Wychodzi na to, że byłem tchórzem, i że kiedy byłem już na
tyle dorosły, by zabić starego potwora, nie wystarczyło mi odwagi, nie
zrobiłem tego. Chciałem go tylko nastraszyć, by go uciszyć. Ale on
się nie bał. Tym razem chciałem go udusić. Ale zupełnie nie wiem, jak
bym sobie z tym poradził. - Weldon pokręcił głową, spojrzał w dół na
swoją zabandażowaną stopę, skrzywił się. W końcu zapytał: - Co
zamierzacie zrobić?
Popatrzył po kolei na każdego z nich. Zrodki przeciwbólowe w
końcu zaczęły działać i czuł tylko monotonne pulsowanie w stopie.
- Nie winię pani za to, że stanęła pani w obronie starca. Nie
mogła pani wiedzieć - odezwał się do Nick.
- %7łałuję, że nie strzeliłam do niego, zamiast do pana -
powiedziała Nick. - Ale gdybym to zrobiła, nie poznalibyśmy prawdy.
Weldon potrząsnął głową i znowu popatrzył na wszystkich po
kolei.
- W dniu, w którym skończyłem osiemnaście lat, opuściłem dom.
Pojechałem do Los Angeles, bo byłem dobrym pisarzem i chciałem
pisać scenariusze filmów i programów telewizyjnych. Poznałem
dziewczynę, miała na imię Georgia, zakochaliśmy się w sobie. Zaszła
w ciążę. Pobraliśmy się. Zabił ją pijany kierowca, kiedy nasz syn miał
zaledwie trzy lata.
- Samotnie wychowywał pan syna, tak samo jak ojciec pana?
- Oczywiście, ale ja nie byłem taki, jak mój ojciec. Naprawdę
kochałem mojego chłopca. Zrobiłbym dla niego wszystko. Niewiele
wcześniej dostałem pracę w telewizji, pisałem scenariusz serialu i
zacząłem zarabiać wystarczająco dużo pieniędzy, by nigdy się nie
martwić o ich brak. - Na chwilę przestał mówić. - Utrzymywałem
kontakt ze staruszkiem. Wiecie, że jak był po sześćdziesiątce, ludzie
wciąż chcieli, żeby był szeryfem?
- Dlaczego? - zapytał Dane. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • goskas.keep.pl
  •