[ Pobierz całość w formacie PDF ]
- Po co?
- Chodzi mi po głowie pewien pomysł. Przekonamy się,
czy obojgu nam będzie odpowiadał.
Korona jej z głowy nie spadnie, pomyślała. Będzie miała
trochę czasu, żeby przemyśleć to wszystko, co zdarzyło się
dzisiejszego ranka.
- Zgoda, ale dni nie różnią się między sobą, więc skąd
mam wiedzieć, kiedy przyjść?
- Będziesz wiedziała, gdy nadejdzie właściwy czas. - Wy�
ciągnął rękę, by pobawić się koniuszkami jej włosów. - Podob�
nie jak ja.
- Czy to jakiś rodzaj irlandzkiego mistycyzmu?
- Nie domyślasz się nawet połowy - powiedział półgło�
sem. - %7łyczę ci udanego dnia, kuzynko Rowan.
Uścisnął ją zdawkowo, po czym odwrócił się i odszedł.
No cóż, pomyślała, dni szybko mijają, więc nie jest tak zle.
Kiedy znowu przyszedł do niej w snach, przyjęła go
z otwartymi ramionami, a gdy przeniknął jej umysł, dotykał
jej i uwodził, westchnęła, poddała się i uległa mu.
Drżała z rozkoszy, szeptała jego imię i czuła, że Liam jest
równie podatny na zranienie jak ona. Przez jedną mglistą
i trudno uchwytną chwilę czuła, że jest zakłopotany i bezrad�
ny, nie mogąc jej dać tego, o co go prosi.
108 OCZAROWANI
Gdyby tylko znała właściwe pytanie...
Nawet gdy jej płonące ciało oderwało się już od rzeczywi�
stości, a dusza poszybowała wysoko, jakaś jej część pozosta�
ła zatroskana.
O co go miała poprosić? Czego chciała się od niego dowie�
dzieć?
Obudziła się, gdy już zapadł głęboki mrok, przy kwadrze
księżyca, sączącego delikatne światło przez otwarte okna,
a obok niej nikogo nie było. Ukryła głowę w poduszkach i ze
zbolałym sercem słuchała głosu wilka wyjącego do ciemnego
nieba.
ROZDZIAA SZ�STY
Rowan obserwowała przebudzoną do życia wiosnę. Wy�
dawało się jej, że i w niej samej narodziło się coś zupełnie
nowego. %7łonkile i zawilce lśniły od kwiatów, a drzewko gru�
szy, rosnące naprzeciwko kuchennego okna, rozchyliło deli�
katne białe kwiatuszki, które pląsały na wietrze.
Głęboko w lesie na dzikich azaliach zaczęły się pojawiać
różowe i białe czubeczki, a naparstnicy wyrosły grube pącz�
ki. Było jeszcze mnóstwo innych roślin, dlatego postanowiła
przy najbliższej okazji udać się do miasteczka i kupić książkę
o dziko rosnących kwiatach. Chciała je poznać, dowiedzieć
się czegoś o ich zwyczajach, zapamiętać nazwy.
Czuła, że sama zaczyna rozkwitać. Czy to sprawa inten�
sywniejszych kolorów na jej twarzy? zastanawiała się. Czy
może żywszego, promienniej szego blasku w oczach? Wie�
działa, że częściej i bez konkretnego powodu się uśmiecha,
gdy wędrowała, rysowała lub gdy po prostu siedziała na
ganku w ciepłym powietrzu i godzinami czytała.
Noce nie wydawały się już takie samotne. Gdy odwiedzał
ją wilk, opowiadała mu o wszystkim, co jej przychodziło do
głowy, a gdy akurat go nie było, zadowalała się samotnie
spędzonym wieczorem.
Nie była do końca pewna, na czym polegała różnica,
110 OCZAROWANI
wiedziała tylko, że coś się zmieniło i że nastąpią jeszcze inne,
znacznie większe zmiany.
Może sprawiła to decyzja, iż nie wróci do San Francisco
i do nauczania, a także do praktycznego, bo położonego
zaledwie o kilka minut drogi od domu jej rodziców mieszka�
nia.
Dotychczas cechowała ją rozwaga w kwestiach finanso�
wych. Nigdy nie czuła jakiejś szczególnej potrzeby groma�
dzenia rzeczy, zapełniania szafy ubraniami lub spędzania
wakacji w drogich i ekskluzywnych miejscach. Do zaoszczę�
dzonych w ten sposób pieniędzy dochodziła jeszcze pewna
suma, którą odziedziczyła po krewnych ze strony matki i któ�
rą Rowan mądrze zainwestowała, dzięki czemu przez lata
suma ta znacznie się powiększyła.
Wystarczy na zaliczkę na kupno małego domku.
Gdzieś, gdzie będzie spokojnie i pięknie, myślała teraz,
stojąc na frontowym ganku z filiżanką parującej kawy, by
powitać nowy poranek. Widziała, że to musi być dom. Ko�
niec z mieszkaniem w dużym budynku z wielką liczbą apar�
tamentów. I musi to być na wsi. Nie potrafi już być szczęśli�
wa w pełnym zgiełku, zatłoczonym wielkim mieście. I jesz�
cze ogród, który sama będzie uprawiać, gdy tylko się tego
nauczy, a w nim strumyczek albo mały staw.
Musi być blisko do morza, żeby mogła tam chodzić na
spacery i słuchać jego śpiewu przed pójściem spać.
Być może podczas najbliższej wyprawy do miasta złoży
wizytę pośrednikowi sprzedaży nieruchomości, aby zoriento�
wać się, czy to leży w zasięgu jej możliwości.
To wielki krok, takie wybieranie miejsca, kupowanie do�
mu, a potem meblowanie go, konserwowanie i utrzymywa-
OCZAROWANI 111
nie. Złapała się na tym, że nawija koniec warkocza wokół
palca, i świadomie opuściła rękę. Jest gotowa, zrobi to.
Znajdzie pracę, coś, co jej da satysfakcję. To nie muszą
być duże pieniądze. Prawdziwym szczęściem będzie krząta�
nie się wokół własnego domku, malowanie go, robienie róż�
nych napraw i ulepszeń, i przyglądanie się, jak rośnie i pięk�
nieje jej ogród.
Gdyby znalazła coś w okolicy, nie musiałaby rozstawać
się z wilkiem.
Ani z Liamem.
Pokręciła przecząco głową. Nie, w tym bilansie nie może
brać pod uwagę Liama ani traktować go jako jeden z powo�
dów, dla którego zamierza osiedlić się w tej okolicy. Liam jest
osobą niezależną i samowystarczalną, pojawia się i odchodzi,
kiedy ma na to ochotę.
Podobnie jak wilk, doszła do wniosku i westchnęła. W
końcu żaden z nich nie należy do niej. Obaj są wspaniałymi,
pięknymi samotnikami, dzikimi i kochającymi wolność. To
prawda, pojawili się w jej życiu i w jakiś szczególny sposób,
jak sądzi, przyczynili się do jej metamorfozy... choć i tak
największe i najważniejsze zmiany są jeszcze przed nią.
Zdaje się, że po trzech tygodniach życia w leśnej chatce na
polanie była już na nie gotowa. Skończyło się poruszanie po
omacku. Koniec z niepewnością i wahaniem, pomyślała. Po�
ra, by podjąć ostateczne kroki.
Nagle coś delikatnie wdarło się i poruszyło jej umysł, aż
zmrużyła oczy i przechyliła na bok głowę, jakby nadsłuchu�
jąc dochodzącego z oddali pieszczotliwego szeptu. Mogła
niemal usłyszeć własne imię.
Powiedział, żeby do niego przyszła, przypomniała sobie,
112 OCZAROWANI
oraz że będzie wiedziała, kiedy nadejdzie ten dzień. No cóż,
nie może być lepszej chwili niż obecna, teraz, gdy jest w tak
zdecydowanym, wręcz bojowym nastroju. A po wizycie po�
jedzie do miasteczka i zobaczy się z pośrednikiem.
Wiedział, że przyjdzie, bo przezornie pozostawał z nią
w kontakcie przez ostatni tydzień. No cóż, prawdę powie�
dziawszy, nie był w stanie trzymać się tak całkiem na uboczu.
Martwił się o nią... troszeczkę, była bowiem zupełnie sama
i bardziej wytrącona z równowagi, niż jej się to wydawało.
Dowiadywanie się i sprawdzanie, co u niej słychać, nie
było trudne. Wystarczyło podejść do jej drzwi i zaczekać, aż
je otworzy. Nie przeczy, że cieszył go sposób, w jaki wycho�
dziła mu na spotkanie, witała się z nim, pochylając się i gła�
szcząc go po głowie, po karku, albo wtulając twarz w jego
szyję.
Nie bała się wilka, zadumał się. Stawała się czujna
i ostrożna tylko wtedy, gdy pojawiał się jako mężczyzna.
A jednak szła do mężczyzny, który chce z nią coś omówić.
Uważał, że ma dobry pomysł, korzystny i dla niej, i dla niego.
Taki, który pozwoli jej rozwinąć własne zdolności, a im oboj�
[ Pobierz całość w formacie PDF ]