[ Pobierz całość w formacie PDF ]
wolno nawet zobaczyć się przed układem. My tutaj musieliśmy odejść od starego
obyczaju... Pewno gorszysz się? Ale dziewczęta u nas spotykają mężczyzn, jak Miriam
spotkała ciebie. I same mówią rodzicom, kogo chcą za męża... Bardzo cię to oburza?
Wcale!
Naprawdę?
Ależ tak. Kocham Miriam. Chciałbym, aby była dla mnie nie tylko żoną, ale
i przyjacielem. Chcę wiedzieć, czy ona także zgadza się na mnie z własnej woli...
Kleofas podniósł głowę i przez chwilę w milczeniu patrzył na Józefa, jakby
zaskoczony jego słowami. Potem uśmiechnął się.
Cieszę się, że tak myślisz. W Judei ludzie pilnują tylu przepisów...
Zgubić się w tym można. Ale my tu mieszkamy wśród goimów. Wiem, mówi się
o nas, Galilejczykach, że jesteśmy bezbożni...
Czy uważasz, że pytanie dziewczyny o zgodę jest bezbożnością?
Kleofas podrapał się w głowę.
Czy ja wiem? Czy ja mogę wiedzieć? Jestem tylko rolnikiem. Doktorzy
w synagodze mówią, że każde przełamanie starego przepisu jest ciężkim grzechem... Co
ty o tym sądzisz?
Myślę, że jeśli jesteśmy przekonani, iż łamiąc przepis sprzeciwiamy się woli
Najwyższego grzeszymy...
Ty jednak nie jesteś przekonany?
Nie. Dlaczego Najwyższy miałby inaczej traktować mężczyznę, a inaczej
kobietę? Czy nie mówił do Sary, do Debory, do Judyty? Zresztą, powiem ci szczerze...
Kocham Miriam tak, że nie zostałbym jej mężem, gdybym nie wiedział, że ona sama tego
chce! Nie potrafiłbym inaczej!
Kleofas patrzył na Józefa i mrugał powiekami.
Więc i ty także? powiedział. Bo widzisz... Ja także nie potrafiłbym
zadecydować o jej małżeństwie bez jej zgody! Znowu podrapał się w głowę. Ale
przepis... Boję się, co powiedzą ludzie synagogi... Doprawdy, nie wiem...
Uważasz każdy przepis za prawo Najwyższego?
Nie... Ty masz rację. Dlaczego Najwyższy miałby patrzeć na kobietę inaczej...
Wiem, jaka jest Elżbieta, wiem, jaka jest moja żona... Ale się boję. A ty nie boisz się?
Nie boję się. Gdy się kocha...
Kleofas śmiał się znowu, tym razem nieco swobodniej.
Z wielkiej miłości rodzi się często nieposłuszeństwo. Ale jedno mnie uspokaja.
Przecież to Elżbieta i Zachariasz przysłali ciebie. Powiedzieli ci, abyś się przyjrzał
Miriam, prawda? Skoro oni tak uważali, to na pewno nie mieliby nic przeciwko temu,
aby ona sama powiedziała, co myśli o twojej prośbie... Jesteś śmiały... Ale i ona jest taka
sama.
Jeszcze przez chwilę drapał się frasobliwie po policzku. Nie cały niepokój go
opuścił. Całe życie żył w lęku, że przekroczy któryś z niezliczonych przepisów, jakie
ogłaszali doktorzy w synagodze.
I ona jest śmiała... powtórzył. Patrzę na nią od dwóch lat, a jednak jej nie
znam... Niby siostra mojej żony, a przecież jaka inna! Nie sądz, że myślę zle o żonie.
Niewiele takich. Oddana, gospodarna, pracowita, posłuszna... A jak opiekuje się dziećmi!
Jak im pomaga we wszystkim. Ale Miriam...
Przeczesał włosy swą wielką dłonią.
Jest inna. Nie wiem doprawdy, jak ci to wyrazić... %7łyje wśród nas. Je, pije, śpi,
pracuje, odpoczywa jak każdy. Uczynna dla wszystkich. Gotowa wziąć na siebie każdy
trud, żeby tylko uwolnić od trudu drugiego. Nie żałuje rąk. Tak radosna. Ciągle by
śpiewała. Modli się dużo. Chciałbym umieć się tak modlić.
Urwał. Chwilę milczał. Widać było, że mu trudno znalezć słowa dla wyrażenia
tego, co chciał powiedzieć. Podjął znowu:
Opiekuję się nią. Ale czy ona naprawdę potrzebuje czyjejś opieki? Ledwo
przestała być dzieckiem, a już w niej tyle dojrzałości. Powiedziałem, że jest śmiała jak ty.
Bo jest śmiała. Ona także, jeśli kocha, nie potrafi się lękać... Ufa ludziom. Gdy ktoś jej
zaufa, nie zawiedzie się na pewno... Nie będzie odmierzała tego, co chce dać, na wadze
kupieckiej. Widzisz, to dlatego muszę ją spytać, czy chce być twoją żoną. Jeśli to grzech,
niech spadnie na mnie...!
Józef położył dłoń na ramieniu Kleofasa.
To nie może być grzech. Zaufaj.
Będę ufał. Chcę być taki jak wy. Słuchaj. Idz od razu z nią porozmawiać. Teraz.
Ona jest z owcami na łące na zboczu. Idz.
Józef wstał, skłonił się przed swym przyszłym szwagrem.
Dziękuję ci, Kleofasie. Idę.
8
Nad urwiskiem góra tworzyła łagodny skłon. Wśród przetkanej polnymi latami
trawy sterczały tu i tam szare głazy. Pasące się owce i kozy wydawały się z odległości
także odłamami skalnymi.
Stado było w ciągłym ruchu; zatrzymywało się na chwilę i zaraz ruszało dalej
nerwowymi kroczkami.
Gdy wszedł ponad urwisko, zobaczył już z daleka sylwetkę pasterki, idącej za
stadem. Dziewczyna miała na sobie chustkę, która okrywała jej głowę, ramiona i plecy.
Szła dostosowując krok do ruchów stada. Musiała być zamyślona, gdyż nie usłyszała
jego kroków. Zatrzymała się i szybko obróciła głowę, gdy zawołał:
Miriam.
Nie dostrzegł w jej spojrzeniu lęku. Jak zawsze pełne było spokoju i dziwnego
dobywającego się gdzieś z wnętrza blasku. Ten blask był w tej chwili mocny jak
płomień, ale gdy patrzyła na niego, zdawał się przygasać. Twarz Miriam przypominała
twarz człowieka, który stał długo na słońcu, a potem wrócił w cień. Wyciągnęła przed
siebie ręce i zrobiła lekki gest, jakby go chciała zatrzymać z dala od siebie.
Czy Kleofas wie, że tu jesteś? zapytała.
Wie. Sam mi powiedział, abym tu przyszedł.
Skłoniła głowę wyrażając tym gestem uległość wobec woli swego opiekuna.
Uśmiechnęła się.
Wydaje mi się, że chcesz mi coś powiedzieć, prawda? Będę cię słuchała
rzekła ale muszę uważać na stado. Mogłaby która z owiec zagubić się wśród cierni.
Będziemy szli za stadem i idąc powiem ci, z czym przychodzę.
Bez słowa ruszyła za owcami. Szedł obok niej. Ale nie od razu zaczął mówić.
Przygotowane słowa rozpadły się i zagubiły. Widok dziewczyny sprawił, że powróciło
onieśmielenie, jakiego doznał wtedy, gdy ją spotkał po raz pierwszy przy studni. Od
tamtego czasu nigdy nie rozmawiał samotnie z Miriam. Uczucie, jakie w nim wybuchło
z siłą ognia polanego oliwą, kazało mu natychmiast przyjąć postawę człowieka
starającego się o żonę. Jeśli widywał Miriam, to tylko w domu Kleofasa, jeśli mówił do
niej, to tylko przy innych. W domu Kleofasa bywał codziennym gościem. Zatrzymywano
go na posiłki. Wtedy widział, jak Miriam pomaga siostrze, przynosi potrawy, usługuje
przy stole, zbiera naczynia, a potem myje. Zledził ją bacznym spojrzeniem i z bijącym
sercem, ale tak, aby ani ona, ani nikt inny jego spojrzeń nie dostrzegł. Miłość płonęła
w nim i ciągle rosła, gdy dostrzegał, jaka zawsze jest uśmiechnięta, jaka prędka do pracy
i gotowa do każdej usługi. Nie wzywana sięgała po każdą domową robotę, która powinna
była być zrobiona. I taka była zręczna we wszystkim, co robiła! Chłopcy przepadali za
nią: ledwo ją spostrzegli, już biegli do niej. Zajmowała się nimi, coś im opowiadała;
rozbrajała, gdy się ze sobą czubili; uciszała, gdy krzyczeli. Kiedy patrzył na nią,
umacniało się w nim przekonanie, że jest to rzeczywiście ta dziewczyna, na którą czekał.
Ona, tylko ona mogła zostać jego żoną, przyjacielem, towarzyszem. Czuł, że nigdy nie
przestanie jej kochać i podziwiać.
W sąsiedztwie domu Kleofasa znalazł się domek, którego właściciel opuścił
miasto. Józef odkupił domek, założył w nim warsztat i zajął się pracą. Od pierwszej
chwili, gdy nad drzwiami zawiesił wiór drewniany znak swego zawodu posypały się
[ Pobierz całość w formacie PDF ]