[ Pobierz całość w formacie PDF ]

tak uważają... Po ceremonii goście i rodzina obsypują
pary ziarnami zbóż, życząc im owocnego związku. Cho-
dzi o to, by żyzność nasion została przeniesiona na parę,
na którą spadną.
 Tak, kurna, narób sobie dzieciaków, a potem zę-
by w tynk. Dziękuję, postoję  zauważył Bartek.
 Ale z ciebie sztywniak.  Ryba podrapał się po
udzie, by po chwili poprawić kołnierzyk koszuli.  Pomy-
ślałby kto, że jesteś dwadzieścia lat młodszy ode mnie.
 No dobra  poddał się Bartek.  Może i coś jest
w tym pogaństwie... ale moja kobieta urwałaby mi jajca
i przerobiłaby na kogel-mogel, gdybym coś takiego jej
zaproponował.
 Jezu! Wytrzymujesz z nią?
 Nie. Dlatego łapię nadgodziny i wymieniam kla-
py w kiblach boeingów.
* * *
Obaj, jak na komendę, zapięli pasy piersiowe. Autopilot
zmniejszył ciąg i maszyna zaczęła łagodnie opadać. Dru-
gi pilot połączył się z wieżą w Gironie, podając pozycję. Ar-
tur z napięciem wsłuchiwał się w pracę silników. Działały
bez zarzutu. Jedno spojrzenie na prędkościomierz upew-
niło go, że utrzymują prawidłową prędkość podejścia.
Wziął więc do ręki mikrofon i zwrócił się do pasażerów:
 Szanowni państwo, mówi kapitan. Wkrótce wylą-
dujemy. Proszę o zapięcie pasów i dostosowanie się do
wskazówek personelu pokładowego.
Krótko, węzłowato i na temat. %7ładnych luzackich wsta-
wek, żadnych żartów. Był maksymalnie skoncentrowany.
Jeśli teraz wszystko pójdzie jak z płatka, to oleję psycholo-
ga, zdecydował. Od razu polecę do psychiatry.
Wypuścił do połowy klapy, płaskie ruchome po-
wierzchnie w tylnich częściach skrzydeł, zwiększające
siłę nośną. Prędkość boeinga spadła do trzystu kilome-
trów na godzinę, a po chwili na wskazniku było już nie-
wiele ponad dwieście osiemdziesiąt. Nadeszła pora na
wypuszczenie podwozia i pełnych klap. Ciągiem silni-
ków utrzymywał właściwą prędkość podejścia. Wszystko
szło idealnie. No, prawie. Bo na wysokości nieco powy-
żej trzystu metrów nadal nie widzieli lotniska.
 To przez mgłę  rzekł Szymon, jakby czytając
w jego myślach.
Istotnie, wisząca nad ziemią mgła utrudniała widocz-
ność, lecz nie wyglądała na aż tak gęstą, aby przysłonić pas.
Wysokościomierz informował, że znalezli się dwieście
pięćdziesiąt metrów nad ziemią.
Wytężał wzrok, mając nadzieję, że za moment ujrzy
pas. Daremnie. Po lewej mignęły wody Morza Zródziem-
nego. Ten widok powinien go uspokoić, utwierdzić w prze-
konaniu, że lecą dobrą trasą. Problem tkwił jednak w czymś
zupełnie innym.
W lotnisku, którego nadal nie było...
Krzyżanowski ze świstem wypuścił powietrze z płuc.
 Nie ma się co łamać  oznajmił spokojnie, choć
dało się wyczuć, że udziela mu się podenerwowanie ka-
pitana. Zabębnił palcami w oparcie fotela. Tap, tap, tap,
tap, tap, tap...
 Gdzie jest to pieprzone lotnisko?
 Musi tam być. Mgła je zasłania.
 Ale skąd się wzięła, do cholery? W komunikacie
meteorologicznym nie było o niej mowy!
Opary, choć wciąż gęste, pozwoliły obu pilotom do-
strzec porośnięte drzewami tereny, za którymi ciągnęła
się autostrada. Morze z lewej strony oddalało się. Do Gi-
rony zostało im zaledwie kilka kilometrów.
 Nie ląduję w tym gównie  wycedził Gałecki. 
Poszukamy innego lotniska! Albo oblecimy to i zobacz-
my, co się dzieje.
Szymon popatrzył na niego z niedowierzaniem.
 Chyba żartujesz.
 Mówię całkiem poważnie.
 Przecież mamy zezwolenie na lądowanie 
zauważył Krzyżanowski.  Pas odpicowany i czysty jak
łza, wszystko w najlepszym porządku. Wyluzuj.
Ale Artur nie był wyluzowany. Bynajmniej.
121
 Nic nie widzę  oznajmił, starając się zapanować
nad drżeniem w głosie. Drżeniem, którego za cholerę nie
mógł się pozbyć.
Drugi pilot przełknął ślinę.
 Mgła, Arturze. System naprowadzania na lotni-
sko działa bez zastrzeżeń.
 Pierdolisz  warknął niespodziewanie kapitan.
Szymon pierwszy raz słyszał przekleństwo z jego ust,
ale to nie był odpowiedni czas na zjadliwe komentarze.
Koła boeinga za niespełna kilkanaście sekund miały
zmierzyć się z pasem, którego nawet nie widzieli. Ufor-
mowana w kształcie leja mgła unosiła się nad płytą lot-
niska niczym wir utworzony z waniliowego budyniu.
Z tym że raczej nie nadawała się na deser.
Gałecki był już pewny, że wydarzy się coś złego. Je-
go ustawiczne obawy, lęki, przeczucia, i Bóg raczy wie-
dzieć, co jeszcze, okażą się prorocze. Nie powinien był
w nie wątpić, walczyć z nimi, tylko po prostu odpuścić so-
bie ten lot! Do diabła! Do stu tysięcy diabłów!
Uświadomił sobie, że koniec jest już bliski. Co dziw-
ne, w jakimś sensie czuł nawet z tego powodu ulgę. Każ-
dy kiedyś umrze, a skoro on ma zginąć tu i teraz, może
to i lepiej. W końcu śmierć na służbie jest w jego rodzi-
nie tradycją.
Trzęsły mu się nogi i ręce. Oplatające stery palce by-
ły tak białe, jakby samolot był odpowiednikiem wampi-
rzego samochodu z Christine Stephena Kinga. Jak na
ironię wskazniki nadal pokazywały idealne parametry.
Wysokość, prędkość, odległość od pasa, kąt podejścia,
wszystko się pokrywało.
Nie panikuj, idioto, nie panikuj, działaj! Tyle razy lądo-
wałeś, opierając się wyłącznie na wskazaniach przyrządów
i informacjach z komputera pokładowego, gdy rzęsisty
deszcz i unoszące się nad pasem opary zasłaniały widok.
Dziś też sobie poradzisz!
Miał wrażenie, że za chwilę głowa wystrzeli mu
w kosmos. O ile oczywiście wcześniej się nie rozbiją.
Cyferki na wysokościomierzu migotały niczym zep-
suty neon. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • goskas.keep.pl
  •