[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zieleń stawała co jakiś czas. Denerwowała nas. Rzucałyśmy jej
nieżyczliwe słowa. Mówiłyśmy:  Znów się opieprzasz, wstyd!" Nie
przestawałyśmy, dopóki Mała Zieleń nie wzięła się z powrotem do pracy.
Robiłyśmy tak z każdym oprócz Yan. Yan była jezdzcem. My jej końmi.
Nie potrzebowała bata, żeby nas popędzać. Czułyśmy bicz na grzbietach,
kiedy przechodziła obok, pilnując i obserwując. Widziałam jej stopy, gdy
mnie mijały. Nie śmiałam podnieść głowy. Pilnowałam swoich rąk.
Zatrzymywała się i patrzyła, jak pracuję. Zcinałam i układałam uważnie
rośliny. Starałam się nie wysypywać czarnych nasion na ziemię. Gdy szła
dalej, oddychałam z ulgą.
Ktoś ukradł parę najładniejszych, ręcznie haftowanych fig Małej Zieleni.
Uznano to za przestępstwo ideologiczne. Kompanijny komitet partii
zwołał zebranie. Odbywało się w stołówce. Czterysta osób w komplecie
usiadło w szeregach na drewnianych taboretach. Zagadnienie kradzieży
podniosła Yan. Nikt nie mówił o tym, co zostało skradzione. Lu była
oburzona. Powiedziała, że nie zniesie takiego postępowania. Powiedziała,
że fakt, iż skradziono właśnie to, co skradziono, okrywa wstydem cały
kolektyw. Powiedziała, że partia przystąpi do kampanii politycznej
mającej na celu zapobieżenie podobnym postępkom w przyszłości.
Powiedziała, że winę za incydent ponosi bardziej przywództwo kompanii
niż żołnierze. Potem wstała i przeprosiła za to, że jak się okazało, zbyt
pobłażliwie potraktowała swoich żołnierzy. Przeprosiła również partię, a
następnie wytknęła Małej Zieleni próżność. Poleciła jej złożyć
samokrytykę. Kazała Małej Zieleni nie wieszać w przyszłości swojej
bielizny koło okna.
Mała Zieleń czyściła wieczorem paznokcie. Próbowała zmyć brązowe
plamy, fungicyd, który pobrudził jej paznokcie. Robiła to szczoteczką do
zębów. Leżałam i patrzyłam na jej cierpliwość. Mała Zieleń powiedziała,
że jest rozczarowana Yan.  Sądziłam, że jest bardziej ludzka od Lu" 
oznajmiła.  Lu to pies. Nie spodziewam się po niej kłów słonia.
Myślałam, że Yan jest słoniem. Oczekiwałam po niej kłów z kości
słoniowej, a nie zwyczajnej piły psich zębów".
Nie odezwałam się. Sama nie wiem, kiedy stałam się wielbicielką Yan.
Jak wiele innych w kompanii, na jej widok stawałam automatycznie na
baczność. W czasie przerw w polu powtarzałyśmy legendarne opowieści
o Yan. Dowiedziałam się od Orchidei, że Yan wstąpiła do partii jako
osiemnastolatka. Kiedy przybyła tu pięć lat temu, ziemia farmy
Czerwonego Ognia była jednym nieużytkiem. Yan wraz ze swoim
plutonem dwudziestu czerwonogwardzistek wzięła się do jej uprawy.
Była wśród nich Orchidea. Yan słynęła ze swoich żelaznych ramion.
Wynosząc błoto przy budowie kanałów nawadniających, pokonywała
dwadzieścia razy dziennie osiemset metrów, niosąc ponad osiemdziesiąt
kilogramów w dwóch kubłach na nosidle. Jej ramiona spuchły jak
bochny, a ona nadal nosiła wiadra. Nosidło ocierało jej ramiona do krwi.
Wierzyła w potęgę woli. Po roku pęcherze były wielkości kciuka. Była
najsilniejsza w kompanii. Orchidea opowiadała tę historię, jakby Yan
była boginią.
Po południu widziałam, jak Yan dzwigała ciężary. Układała bele trzciny
na głowie tak, że wyglądała, jakby dzwigała na ramionach pagórek, spod
którego wystawały tylko poruszające się nogi. Była umięśniona jak
mężczyzna. Jej stopy przypominały łapy zwierzęcia.
Starsze bojowniczki niezmordowanie rysowały obraz swojej bohaterki.
Parę lat temu w porze zbiorów wybuchł pożar. Trzcinowe chaty i pola
dojrzałych upraw spłonęły. Wszyscy Hungwejpingowie płakali. Yan
stanęła przed frontem szyku z jednym warkoczem nadpalonym, z
poparzoną twarzą i w dymiącej odzieży. Rzekła, że jej wiara w komunizm
to jedyna rzecz, jaka jest jej potrzebna, by odbudować swoje marzenie.
Kompania zbudowała nowe domy w pięć miesięcy. Yan uwielbiano,
oddawano jej boską cześć. Była bardziej realna niż Mao.
Pózno w nocy, gdy słyszałam, jak Mała Zieleń się myje, wyobrażałam
sobie upalony warkocz Yan, jej skórę poparzoną przez szale-
jące płomienie... Yan stała się primadonną mojej opery. Zaczęłam
śpiewać  Czerwone wyzwolenie kobiet". Mała Zieleń zanuciła mi do
wtóru, potem pozostałe mieszkanki pokoju. Zpiewałam pieśń o Yan,
która była bohaterką w życiu realnym, a nie na scenie. W śpiewie
chciałam ją doścignąć, stać się nią. Chciałam stać się bohaterką. Ko-
chałam Małą Zieleń jako przyjaciółkę, ale Yan potrzebna mi była po to,
żeby ją uwielbiać.
Wierzba za oknem kołysała się gwałtownie. Liście uderzały w szybę. Noc
była wietrzna. Jutro następny ciężki dzień. Skradała się chandra.
Popchnęłam swoje myśli do Yan. Ona przynosiła mi natchnienie,
nadawała znaczenie memu życiu. To, że Mała Zieleń rozczarowała się
Yan, nie umniejszało mojego podziwu dla niej. Potrzebowałam prze-
wodnika, który by mnie prowadził. Bolał mnie grzbiet, miałam czarne
paznokcie, popękaną skórę, ale w głowie tylko Yan. Z myślą o niej
zasnęłam.
Zaczęłam naśladować chód Yan, jej sposób mówienia i ubierania się. Nie
robiłam tego świadomie. Mój pas był szeroki na pięć centymetrów.
%7łałowałam, że nie jest szerszy. Zcięłam warkocze krótko, jak ona.
Starałam się dzwigać jak najwięcej, gdy nasz pluton został posłany do
kopania nowego kanału. Pozwoliłam, żeby nosidło ocierało mi do krwi
ramiona. Kiedy ból wwiercał się do serca, zmuszałam się do myślenia o
Yan, o tym, jak ona radziła sobie z bólem.
%7łeby zrobić wrażenie na Yan, wygłaszałam przemówienia na
co-wieczornych zebraniach poświęconych krytyce i samokrytyce.
Wszystkie moje słabości wywalałam na stół. Każdy robił to samo.
Pomagałyśmy sobie nawzajem w analizowaniu naszych myśli, żeby
pozbyć się tych niesłusznych. Wierzyłyśmy, że jeśli tego nie zrobimy, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • goskas.keep.pl
  •