[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Będzie musiał się we wszystkim rozeznać, zanim zje mężczyznę wiszącego na drzewie chlebowym.
Musiał porozmawiać z Malinkiem.
Kanibal ruszył ścieżką, która prowadziła do wioski. Przekradał się między chatami, a
słodkie chrapanie śpiących dzieci dochodziło doń przez uplecione z trawy ściany niczym
skwierczenie smażonej wieprzowiny, szedł przez dym dogasających ognisk, minął dom kawalerów
i dom mężczyzn, by w końcu dotrzeć na plażę, gdzie mężczyzni siedzieli w kręgu, pijąc i cicho
rozmawiając, a księżyc oblewał ich ramiona zimnym, niebieskim blaskiem.
Sarapul dołączył do kręgu, a mężczyzni dalej rozmawiali, uprzejmie nie zwracając uwagi na
trzask jego starych stawów, gdy siadał na piasku. Niektórzy z młodszych, ci, których straszono
starym ludożercą, lekko zmienili pozycję, by w razie potrzeby szybko sięgnąć po nóż. Malink
powitał Sarapula skinieniem głowy, po czym z dużego, szklanego dzbana nalał ciecz do łupiny
kokosa i podał ją przybyłemu.
- Przez miesiąc nie będzie kawy ani cukru - powiedział Malink. - Vincent się rozgniewał.
Sarapul opróżnił i oddał naczynie.
- A co z papierosami?
- Czarownik mówi, że papierosy są złe.
- Yincent palił papierosy - zauważył. - Dał ci zapalniczkę - Młodsi mężczyzni poruszyli się
na wzmiankę o Vincencie. Czuli się nieswojo, kiedy starsi rozmawiali o nim jak o żywej osobie.
Malink sięgnął do podłużnego, płaskiego kosza, w którym trzymał zapalniczkę razem z innymi
rzeczami osobistymi. Dotknął zippo, którą dał mu Vincent.
- Dla nas papierosy nie są dobre - powtórzył.
- W takim razie powinni dać nam papierosy jako karę - nie dawał za wygraną Sarapul.
Malink wyciągnął z kosza egzemplarz magazynu  People , odciągając uwagę obecnych od
ludożercy. Stary wódz oderwał niewielki kwadrat papieru i podał go Abo, muskularnemu
młodzieńcowi, który uprawiał poletko tytoniu dla plemienia.
- Skręć - polecił.
Abo zaczął napełniać papier tytoniem z kosza.
Malink rozłożył pismo na piasku przed sobą i zmrużył oczy, wpatrując się w strony przy
świetle księżyca. Wszyscy, którzy siedzieli w pobliżu, nachylili się, żeby popatrzeć na zdjęcia.
- Oprah znowu jest chuda - ogłosił Malink.
Sarapul parsknął i mężczyzni podnieśli gniewne spojrzenia, przy czym ci młodsi szybko się
odwracali, gdy zobaczyli, kto wydał dzwięk. Skończył skręcać papierosa i podał go Malinkowi.
Wódz gestem wskazał Sarapula i Abo podał papierosa staremu ludożercy. Ich dłonie zetknęły się na
chwilę i sarapul wytrzymał spojrzenie młodzieńca, liżąc swój palec tak jakby kosztował nowy,
słodki sos. Abo zadrżał i wycofał się poza krąg.
Malink zapalił papierosa świętą zippo, po czym wrócił do przeglądania magazynu.
- Przez jakiś czas nie będzie już  People , skoro Kapłanka Nieba się na nas gniewa.
Podniósł się chóralny jęk, napełniono naczynie, które następnie podawano sobie z rąk do
rąk.
- Jesteśmy odcięci - dodał wódz. Sarapul wzruszył ramionami.
- Wszyscy ludzie w tej książce to gówno. Bez znaczenia. Umierają. Bez znaczenia.
Gdybyśmy wsadzili ich do wielkiej łodzi i ją zatopili, nawet byście się o tym nie dowiedzieli przez
pół roku, dopóki Kapłanka Nieba nie dałaby wam starego egzemplarza, a nawet wtedy byłoby to
bez znaczenia. To głupie.
- Ale patrzcie! - Malink wskazał zdjęcie mężczyzny z nienaturalnie wielkimi uszami. - Ten
człowiek jest królem, a chce być tamponem. Cytują jego słowa.
Sarapul skrzywił się i jego zmarszczki nałożyły się na siebie niczym żaluzja wenecka, gdy
zastanawiał się, co to właściwie jest tampon. W końcu powiedział:
- Byłem kiedyś tamponem, w starych czasach, zanim przyszliście na świat. Wszyscy
wojownicy stawali się tamponami. Wtedy było lepiej.
- Nigdy nie byłeś tamponem - stwierdził Malik, chociaż nie mógł mieć pewności. - Tylko
król może zostać tamponem. A teraz, bez  People , nie dowiemy się, czy temu człowiekowi, który
chciał nim zostać, w ogóle się to udało. To był zły dzień.
Krążące naczynie znowu dotarło do Sarapula, który opróżnił je, nim odpowiedział:
- Opowiedz mi ten swój sen.
- Nie wolno mi o nim mówić. - Malik udawał skupienie nad magazynem.
Sarapul drążył dalej.
- Kapłanka Nieba powiedziała, że Vincent mówił ci o pilocie. To prawda?
Malink skinął głową.
- Prawda. Ale to tylko sen, inaczej Czarownik by wiedział.
Ludożerca poczuł się rozdarty. Miał teraz okazję zdyskredytować Czarownika i jego białą
zdzirę, ale jeśli powie Malinkowi o mężczyznie na drzewie, straci szansę, by znowu skosztować
długiej świni. Chociaż właściwie to przecież on znalazł tamtych dwóch i chciał się podzielić
mięsem.
- A jeśli twój sen był prawdziwy?
- To był tylko sen. Teraz Vincent mówi do nas tylko poprzez Kapłankę Nieba. A ona
przemówiła.
- Vincent palił, a ona mówi, że palenie jest złe. Vincent był wrogiem Japończyków, a ona
ma teraz japońskich strażników za płotem. Ona kłamie.
Niektórzy mężczyzni wyszli z kręgu. Picie z ludożercą to jedno, ale tolerowanie heretyka to
już inna sprawa. (Spośród dwudziestu mężczyzn w kręgu, trzech starszych nosiło imię John,
czterech, którzy urodzili się w czasach ojca Rodrigueza, nazywało się Jezus - Hejzeus - a trzech [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • goskas.keep.pl
  •